KATASTROFA AWIONETKI W ROZDZIELU

     W środę, 29 maja 2002 r. była fatalna pogoda. Padał deszcz, a w wyżej położonych rejonach gminy Żegocina porastające wzgórza lasy skryte były w oparach mgły. W takich warunkach około południa wydarzyła się tu tragedia.
     O godzinie 10.50 z lotniska w Balicach wystartowała awionetka z czterema osobami na pokładzie, która miała dotrzeć na lotnisko Aeroklubu Podhalańskiego w Łososinie Dolnej. Po 19 minutach lotu lotnisko w Balicach utraciło jednak łączność z pilotem Pipera 28 A. Dalsze losy samolotu są w tej chwili trudne do szczegółowego opisania. Faktem jest, że gdzieś około południa niektórzy mieszkańcy Rozdziela Dolnego usłyszeli huk, po którym zapanowała złowieszcza cisza. Nikt jednak nie zauważył czegoś groźnego i nie domyślał się, jaka w pobliżu dzieje się tragedia.

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

  Po paru godzinach radio podało informację o zaginięciu awionetki. Zaalarmowano GOPR. Rozpoczęły się poszukiwania. Z Krakowa wystartował też helikopter, który jednak z powodu złych warunków atmosferycznych szybko musiał zakończyć poszukiwania. Niczego nie znaleziono, a nawet odwołano ekipy poszukiwawcze, bo przyszła informacja, że awionetka wylądowała na terenie Słowacji.
    Minęło kilka godzin. Około godziny 17 kilku mieszkańców Rozdziela rozpoczęło poszukiwania. Poruszając się w gęstej mgle, idąc "za swądem", dotarli do miejsca, gdzie pomiędzy drzewami dopalał się wrak awionetki. Powiadomiono policję. Natychmiast uruchomiono odpowiednie służby. Na miejsce zdarzenia wyjechała żegocińska policja i straż pożarna. Nadal padał deszcz, była gęsta mgła, a na dodatek coraz szybciej robiło się ciemno. Okolice wypadku zostały zabezpieczone przez policję. Wkrótce dojechały pozostałe służby, w tym ratownicy GOPR. Pojawiła się także ekipa Telewizji Kraków, która sfilmowała fragment akcji ratowniczej.
   Niestety nie było już kogo, ani co ratować. Wewnątrz szczątków kabiny zauważono zwęglone zwłoki ludzi. Były tak spalone, że nie można było nawet dokładnie określić ile osób uległo spaleniu. Ratownicy wiedzieli już, że samolotem leciało 4 osoby: trzech obywateli Niemiec i jedna Polka. Początkowo myślano, że we wraku są tylko zwłoki dwóch osób, więc rozpoczęto poszukiwania pozostałych. Trwały kilka godzin. Zwęglone szczątki pasażerów awionetki zostały wyciągnięte i przewiezione do Krakowa. Ciemność nocy skryła ślady tragedii.

    W czwartek pogoda niewiele się poprawiła. Nadal padał przelotny deszcz, a mgła falami nadciągała nad wznoszące się nad Żegociną wzniesienia Żarnówki, Łopusza, Kamionnej i Górczyny, na stokach której wydarzyła się katastrofa.
    Wyruszam z wójtem Żegociny Jerzym Błoniarzem w kierunku Rozdziela. Gospodarz gminy dowiedział się o katastrofie w środę około 18.30 i natychmiast udał się do Rozdziela Dolnego. - Po dojściu na miejsce zauważyłem kłęby dymu i poczułem dziwny swąd. Widok był szokujący. Porozrzucane fragmenty samolotu, zwęglone ciała, na jednym z drzew pogięte skrzydło samolotu. Na miejscu była już policja i straż pożarna. Okoliczna ludność z powagą przyglądała się pracy ratowników - opowiada mi w czasie dojazdu do najwyżej położonej wsi gminy. Kilka minut przed godziną 12 docieramy do okolic dawnego, zabytkowego kościoła w Rozdzielu Dolnym. Przed sklepem spotykamy pierwszy posterunek policyjny. Jest też ekipa TVN-u. W komendantem Posterunku w Żegocinie Adamam Hanarzem uzgadniają warunki wjazdu do pilnowanej strefy. Umawiamy się, że będziemy ich pilotować do miejsca wypadku. Wąska asfaltowa droga pnie się mocno pod górę. Wreszcie wjeżdżamy prawie na szczyt wzniesienia. Na rozwidleniu dróg, w pobliżu niewielkiej, przydrożnej kapliczki, napotykamy kolejną ekipę policji. Wysiadmy z samochodu, bo dalej nie da się już jechać. Właśnie wtedy nadjechała wozem terenowym ekipa ekspertów z Głównej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Policja kieruje ich na miejsce wypadku.
      Uzyskujemy zgodę na wejście do miejsca tragedii. Błotnistą, leśną drogą, zwaną przez miejscowcych "starą drogą kościelną" idziemy przez gęsty las. Na drzewie zauważam niebieski znak szlaku turystycznego. Po przejściu około 300 metrów docieramy do terenu otoczonego biało-czerwoną taśmą, pilnowanego przez policjantów. Są tu już ekipy telewizyjne, filmujące zza taśmy pracę ekspertów. Jeden z nich filmuje kamerą wideo wrak i porozrzucane elementy samolotu. Drugi robi zdjęcia. Trzeci określa kompasem kierunek lotu. Następni oglądają poszczególne fragmenty samolotu. Panuje ponura cisza. Dostrzegam, że jedno z drzew jest ścięte przez samolot prawie w połowie. Jakieś 2 -3 metry bliżej, na kolejnym drzewie na wysokości około 4-5 metrów wisi mocno pogięte, aluminiowe skrzydło samolotu. Tuż pod nim wrak, a właściwie poszczególne jego elementy. Dostrzegam silnik, spaloną kabinę pilota. W pobliżu jakieś drobne drewniane, szklane i aluminiowe elementy. Są też mocno nadpalone kartki papieru, chyba jakiegoś zeszytu, z pisaną po niemiecku notatką i jakimiś rysunkami. Czuć jeszcze dziwny swąd, choć już nie ma nawet śladu dymu. Robię kilka zdjęć, po czym staję w pewnym oddaleniu, poniżej miejsca wypadku.
    Dopiero teraz mam chwilę czasu na to, by uważniej przyglądnąć się temu miejscu. Widzę grube rysy na drzewie, na którym zatrzymał się samolot. Pozwala mi to domyślać się, jak wyglądały ostatnie sekundy życia pasażerów awionetki i jej pilota. Samolot nadleciał nad wzniesienie (to około 600 m. n.p.m.) z kierunku północnego. Pierwsze drzewo uciął niczym piła na wysokości około 5 metrów. Jakieś 2 - 3 metry dalej jedno ze skrzydeł samolotu uderzyło w grubsze drzewo, ale nie zdołało go już uciąć, tylko oderwało się od korpusu samolotu i pozostało na drzewie mocno pogięte. Reszta samolotu spadła prawie prosto w dół. Rozległ się huk, który był słyszany w pobliskich domach, znajdujących się w odległości około 300 metrów. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, co się działo w pobliskim lesie. Wysokie drzewa zasłoniły bowiem łunę pożaru samolotu. Opalone gałęzie pobliskich drzew sugerują, że płomienie sięgały na wysokość kilku metrów. - Trudno sobie wyobrazić, co  mogłoby się tutaj dziać, gdyby wypadek zdarzył się kilka dni wcześniej - mówi wójt Błoniarz, mając na myśli fakt, że po wielu dniach słonecznej pogody, wilgotność w tym lesie była bardzo niska i katastrofa mogła spowodować duży pożar kompleksu leśnego na Górczynie.
      Trudno powiedzieć, w którym momencie samolot zaczął się palić i w jakim momencie zginęli podróżujący do Łososiny pasażerowie awionetki. Czy w momencie uderzenia w drzewa, czy podczas upadku na ziemię, czy też dopiero po wybuchu pożaru. Z pewnością określą to eksperci i sekcja zwłok.  Faktem jest, że wydarzyła się olbrzymia tragedia. Do bezpiecznego przelotu nad wzniesieniem zabrakło pilotowi jakieś 20 metrów wysokości i około 300 metrów odległości. Do lotniska w Łososinie pozostało tylko 12 kilometrów.
     Około 13.15 opuszczamy miejsce wypadku. Żegnamy się z ekipami telewizyjnymi i policjantami. Nadal jest mglisto i siąpi drobny deszczyk. Mijamy się po drodze z kilkoma grupami ludzi zdążającymi w kierunku lasu, w którym wydarzyła się tragedia. Na ich twarzach widać smutek. Gna ich tutaj zwykła ludzka ciekawość, ale zachowują się odpowiedzialnie. Pewnie myślą o tym, co się wydarzyło. Ale chyba nikt nie może być pewny, jaka była przyczyna tej tragedii: zła warunki atmosferyczne, awaria samolotu czy też błąd pilota. 
     Zjeżdżamy w dół tą samą drogą. Prawie nie rozmawiamy, bo jesteśmy wstrząśnieci tym, co się wydarzyło. Mijamy się z samochodem terenowym GOPR-u, wiozącym na przyczepce trójkołowy motocykl terenowy. Z pewnością będą nim wywozić ze stoku wzniesienia na drogę szczątki samolotu. Nie ma bowiem szans na to, by dotarł tam jakiś ciężki sprzęt. 
    Wieczorem dowiaduję się z telewizji, że ratownicy Podhalańskiej Grupy GOPR samochodami terenowymi z przyczepami zwieźli części rozbitego samolotu z lasu do drogi. Szczątki awionetki mają być przewiezione do Komendy Powiatowej Policji w Bochni, a spalone szczątki czterech ofiar przekazano do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, gdzie  mają być zbadane w celu ustalenia tożsamości i przyczyn śmierci. Policja, na podstawie dokumentów znalezionych w awionetce i rozmów z ludźmi, którzy czekali na samolot w Łososinie Dolnej, że samolotem podróżowali: trzej Niemcy (w wieku 45, 66 i 68 lat) oraz 30-letnia Polka z Katowic. Samolot pilotował 66-letni mężczyzna. Niemcy byli przedstawicielami dużej niemieckiej firmy zajmującej się zarządzaniem centrami handlowymi, która ma swoje przedstawicielstwo w Polsce, a Polka asystentką jednego z nich. Mieli przeprowadzić kontrolę w Nowym Sączu. Niestety, nie dotarli do celu.

FOTOREPORTAŻ   

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

Stara droga kościelna z Rozdziela do Żegociny - obecnie niebieski szlak turystyczny).
Awionetka rozbiła się o drzewa około 200 m stąd (na prawo, w dół).
Samolot ściął w połowie jedno z drzew, uderzył o drugie, pozostawiając na nim swoje skrzydło
i runął prosto w dół.

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

Spalony wrak rozbitej awionetki, z widoczną kabiną pilota (lewa strona fotografii). Jedno ze skrzydeł samolotu zawisło na drzewie.

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

Katastrofa awionetki w Rozdzielu.

Specjalna komisja Głównego Inspektoratu Lotnictwa Cywilnego rozpoczęła badanie
miejsca wypadku tuż po południu.

Żywo wypadkiem interesują się władze gminy Żegocina. Wójt Jerzy Błoniarz (z prawej) w środę,
a także w czwartek był osobiście na miejscu wypadku.

RELACJA STEFANA PTASZKA Z ROZDZIELA >>>

[wstecz]